Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
2. Prawdziwa osobowość.


2. Prawdziwa osobowość.

21:00:59 [5-06-2011]

Obudziła się w szpitalu. W szpitalu, w którym przecież sama pracowała. Ratowała ludzi, wydawała polecenia… Znała tutaj każdy kąt, a mimo to… Teraz nie miała pojęcia, w jakim pomieszczeniu się znajduje. Sala pooperacyjna? Zwykła? Izolatka? Nie, nie mogła rozpoznać tego miejsca.
Otworzyła oczy. Słońce niemiłosiernie ją raziło, ale nie miała siły, by zasłonić twarz. Czuła ogromny ból, miała trudności z oddychaniem i nie do końca pamiętała, co jej się stało.
- Anzu-sama – głos jakiejś młodej dziewczyny dobiegł do niej, jak zza szklanej szyby.
- Co mi się stało? – zapytała cicho; nie miała siły mówić.
- Hokage-sama wezwał cię do siebie. Wróg podrzucił bombę, ochroniłaś go, ale sama nieźle oberwałaś.
- Bomba… Dlaczego?
- E… - głos tej dziewczyny wskazywał na to, że jest coś nie tak. – Przecież… Mamy wojnę…
- Wojnę? Czwartą Wielką Wojnę? – blondynka usiłowała unieść się na łokciach, ale szybko opadła na poduszki.
- Piątą – dziewczyna wyraźnie się zaniepokoiła. – Anzu-sama, co się z tobą stało?!
- Ja… Nie mam pojęcia. Wiem, że pracuję w tym szpitalu, pomagam ludziom… Kto jest Hokage?
- Uzumaki Naruto.
Niebieskooka rozejrzała się po pomieszczeniu, a następnie zamknęła oczy. Naruto, Naruto… Tak! Wezwał ją, zanim to wszystko się stało! Powiedział, że wysyła ją do Suny! A potem ten wybuch…
- Rozumiem – powiedziała oschle. – Już pamiętam.
Znowu stawała się taka, jaką się nienawidziła. Ale… To była jej obrona. Bo skoro nie mogła pokonać tego piekła, musiała nauczyć się w nim żyć. A nie było tutaj miejsca na łzy, miłość czy inne ciepłe, pozytywne uczucia. Nie było na nie ani miejsca, ani czasu. W piekle… Każda sekunda jest wiecznością. A wieczność… Trwa niebywale krótko.
- Jak długo już tutaj leżę? – zapytała po chwili.
- Trzy dni.
- Słucham?
- Wiem, że to trochę długo, ale… Bez obaw – dziewczyna uśmiechnęła się. – Jakoś sobie radzimy, a już niedługo do nas wrócisz, Anzu-sama.
- Nie wrócę – oświadczyła sucho blondynka.
- Dlaczego?
- Hokage wysyła mnie do Suny.
- A… - niebiesko włosa nieco się zmieszała, a następnie zrobiła kilka kroków w tył. – Przyjdę późnej – po tych słowach opuściła pomieszczenie.
Anzu jeszcze przez dłuższą chwilę patrzyła na zamknięte drzwi, rozmyślając. Zawsze sprawiała wrażenie takiej oschłej i niemiłej. A była jeszcze taka młoda! I nigdy nie chciała zrażać do siebie ludzi, ale wojna bardzo ją zmieniła. Bo wybuchła, gdy była jeszcze młoda. Miała dopiero 16 lat. A teraz… Teraz znowu musi być w tym piekle. Musi na nie patrzeć, przeżywać wszystko od początku, jak jakiś koszmar. Nic już nigdy nie będzie takie samo. Nie po tym, co widziała, co czuła. Co straciła!
Czwarta Wielka Wojna… Odebrała jej wszystko. Młodość, resztki dziecinnej beztroskości, przyjaciół, rodziców, ukochanego. Wszystko, co kochała, czym żyła na co dzień…
Czasami… Bardzo się nienawidziła. Bo nie chciała ranić innych, ale jej rany same decydowały, jak postępować. I może nie miała prawa łudzić się, że inni ją zrozumieją, ale… W głębi serca miała nadzieję. Tak samo, jak na to, że jeszcze kiedyś jej życie będzie normalne. A przy boku będzie miała wspaniałego mężczyznę.
Los jest bardzo przewrotny. W jednej chwili była stanowcza, niemal perfekcyjna w swoich działaniach, silna. W następnej… Cicho płakała w kącie szpitalnego pokoju, bo ile można znieść bólu? Jak długo można żyć w piekle?!
*

Zaczął się kolejny dzień. Zaczął się dość spokojnie. Ptaki nie śpiewały jak kiedyś, ale okolica była niemal bezludna. Nigdzie nie było ninja, cywili również nie. A Piąty Kazekage stojąc na balkonie, pozwolił sobie na delikatny uśmiech. Może jednak nie będzie tak źle? W końcu Suna i Konoha są potężne. A działając wspólnie… Mogą wszystko.
Chciał w to wierzyć. I uparcie sobie to powtarzał, bo wiedział, że bez tego mógłby nie dać rady. Mógłby się załamać, bo przecież to już druga wojna, którą musi przeżywać. Znowu jako Kazekage…
Uśmiech spełzł mu z twarzy, a w sercu zagościł niepokój. I nim zdążył pojąć, co może być tego powodem… Daleko, daleko za plecami, usłyszał wybuch. Bardzo potężny.
Rzucił się biegiem w kierunku gabinetu, usiłując odgonić negatywne myśli. Ale… Jak to zrobić, skoro znowu ktoś zginął? Bo przecież nie ma innej możliwości. Wojna… Zawsze pochłania niewinnych ludzi.
- Kazekage-sama!
Zatrzymał się, gwałtownie odwracając w tył. Jego oczom ukazała się Matsuri z nieciekawym wyrazem twarzy.
- Wróg podłożył bombę. Kolejną – oświadczyła. – Jednak tym razem miała większy zasięg. Ponadto przed chwilą dostaliśmy wiadomość z Konohy.
- Jaką?
- Zaatakowano gabinet Hokage. Pech chciał, że była z nim kunoichi, którą miał do nas przysłać – wyraz jej twarzy stawał się coraz bardziej zaniepokojony. – Obawiam się, że pomoc medyczna dotrze za dwa tygodnie. W najlepszym wypadku – tydzień.
Czerwono włosy przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią pustym wzrokiem, analizując możliwe rozwiązania. Ale… Co mógł zrobić w takiej sytuacji? Nie było czasu, wróg coraz szybciej się przemieszczał. Nie było shinobi, a przeciwnicy zajmowali coraz to większe tereny.
- Zwołaj radę – oświadczył w końcu.
- Ale…
- Rób, co mówię! – krzyknął. – Wiem, że nie ma czasu, ale może coś ustalimy. Może uda nam się wyprzedzić ich kolejny ruch.
- E, tak! – Matsuri pobiegła w przeciwnym kierunku, a on ruszył w swoją stronę.
Znowu… Znowu to samo! Poprzednia wojna… Nie odebrała mu rodzeństwa i przyjaciół. Ale teraz… Teraz się bał, że ich straci. W końcu to już nie Madara Uchiha i jego sharingan. I teraz nie ma czterech sojuszników. Teraz jest tylko… Piekło.
*

Minęło kilka dni. Blond włosa czuła się już lepiej, jednak dobrze wiedziała, iż jeszcze nie może wrócić do pracy. A przynajmniej nie na froncie. To wymagałoby od niej dawnej zwinności i prędkości, a przy tak ciężkich obrażeniach, jakie doznała… Najrozsądniej było zaczekać.
- Anzu-sama – w drzwiach stanęła Yumi, jedna z jej pomocnic. – Hokage-sama wzywa cię do siebie.
Kunoichi bez słowa skierowała się do wyjścia. Czego tym razem może chcieć? Może zabroni jej leczyć innych? Nie, nie mógłby. Obydwoje wiedzą, że jest potrzebna. Jeśli nie tutaj, to w Sunie.
Zapukała do drzwi jego nowego gabinetu; niemal natychmiast zobaczyła jego twarz.
- Świetnie, że jesteś – powitał ją, a następnie wpuścił do środka.
I już chciała coś powiedzieć, ale on nie pozwolił jej dojść do słowa:
- Znaczna część oddziałów wroga przeniosła się w okolice Kraju Wiatru i Suny – oświadczył poważnym tonem. – Wiem, że twój stan nie jest jeszcze do końca dobry, ale oni bardzo cię potrzebują. Nie chcę cię narażać, ale… Wolałbym, abyś już dziś wyruszyła w drogę.
- Ale…
- Wiem, że to mało odpowiedzialne z mojej strony, dlatego… Daję ci wybór. Oczywiście, nie możesz czuć się odpowiedzialna za to, co się tam dzieje, więc chyba podejmiesz obiektywną decyzję.
Blondynka zastanowiła się przez chwilę. Bez względu na to, jaka się stała – albo jaka próbowała być – nadal chciała pomagać ludziom. Ratować ich albo zwyczajnie wspierać. A skoro tak bardzo tego pragnęła…
Nagle przypomniała sobie tamtego mężczyznę z frontu. On też walczył za coś dla siebie naprawdę ważnego. A ona… Jej ideały pomagały jej przetrwać to piekło, choć wiele z nich już dawno upadło.
- W porządku – powiedziała powoli. – Wyruszę najpóźniej za godzinę.
Naruto uśmiechnął się, a następnie położył jej rękę na ramieniu.
- Dziękuję ci. Nawet nie wiesz, jakie to dla nich ważne.
- Oczywiście – odwzajemniła jego gest, kierując się w stronę drzwi.
- A, i wyślę z tobą jeszcze kogoś. Przyjdzie po ciebie do szpitala.
Blondynka skinęła tylko głową, a następnie wyszła z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Jeszcze nie wiedziała, jak da sobie radę, ale wierzyła, że jakoś musi być. W końcu walczy dla idei. Dla własnego ideału! Chociażby ten fakt pcha ją do przodu. I właśnie przez ten fakt nie mogła zrezygnować.
Weszła do szpitala, a następnie ruszyła w kierunku swojej sali. Pielęgniarki na korytarzu biegały jak szalone, jej pomocnicy również. Ale ona… Już podjęła decyzję.
- Anzu-sama? – Yumi stanęła w otwartych drzwiach, uważnie się jej przyglądając.
- Kiedyś wrócę – powiedziała, pospiesznie wrzucając najpotrzebniejsze rzeczy do torby.
- Ale… Jak my to wszystko ogarniemy? – zapytała dziewczyna, a w jej głosie można było wyczuć obawę i… coś jeszcze.
- Dacie radę – kobieta uśmiechnęła się, zapinając torbę. – Jesteś zdolna, jesteś jedną z najlepszych osób w moim zespole. Teraz ty zajmiesz moje miejsce.
- Nie, nie mogę. Nigdy nie potrafiłabym cię zastąpić, Anzu-sama.
- Potrafiłabyś. I uwierz, że zrobisz to lepiej, niż ci się wydaje – blondynka uśmiechnęła się.
Słowa… Przychodziły jej z zadziwiającą łatwością. Nie musiała na nie uważać. Bo nareszcie była sobą. A uśmiech, który gościł na jej ustach, był całkowicie szczery. Pierwsze prawdziwe, kompletnie nie udawane uczucia od bardzo dawna.
- Kiedyś… Wrócę. Ale wtedy już nie będziesz potrzebować mojej pomocy – oświadczyła kunoichi, a następnie złapała torbę i opuściła pomieszczenie.
Taka była naprawdę. Miła dla innych, potrafiła powiedzieć coś dobrego… Ale w tym piekle nie było miejsca na życzliwość i jej wrażliwość. Więc - czy tego chciała, czy też nie – musiała się zmienić. Albo przynajmniej udawać.
- Anzu-sama!
Blondynka przystanęła na chwilę, a w zaraz później poczuła jak Yumi podbiega do niej, rzucając się jej na szyję.
- Zawsze wiedziałam, że nie jesteś taka, jaką próbowałaś być – powiedziała. – I zawsze byłaś dla mnie wzorem, bo choć było ci ciężko, nadal świetnie sobie radziłaś.
- Anzu!
Niebieskooka odsunęła się od swojej podwładnej i uśmiechnęła się, a następnie odwróciła się i skierowała w stronę Nary, który już na nią czekał. Może nadzieja była tak silna, iż stała się prawdą? Nie ważne. Najistotniejsze to to, że jednak ktoś ją rozumiał. Albo chociaż próbował.
- Będziemy mieć spory problem – głos Shikamaru sprowadził ją na ziemię. – Co prawda z Kraju Ognia wydostaniemy się dosyć sprawnie, ale do Kraju Wiatru bardzo trudno będzie się nam dostać.
- Rozumiem – powiedziała.
- Świetnie. I jeszcze musisz wiedzieć, że w Kraju Wiatru ktoś nam pomoże.
- W porządku, ruszajmy.
Co z tego, że wróg przeniósł się dalej od Kraju Ognia? Konoha i tak już niemal upadła. Kiedyś… Byli naprawdę potężni. Dzisiaj… Już sama nie wiedziała, w co wierzyć.
~~*~~

Okay, rok szkolny się kończy... postaram się usystematyzować dodawanie nowych rozdziałów, naprawdę.
Dziękuję wszystkim wytrwałym. Pozdrawiam! ;]
Głosuj (0)

Melissa.

[Powrót] Komentuj

» Mizuri

» 22:53:43 [5-06-2011]
| brak www IP: 79.162.214.132

świetna nota ;D rzeczywistość w tym opo jest przerażająca nie powiem ale mam nadzieje że wszystko skończy się dobrze;P ciesze się że Gaara nie jest taki jak w poprzednim opowiadanku ;D pozdrawiam serdecznie i nie moge się doczekać kolejnej notki ;* życzę weny ;D